Życie zdaje się kochać paradoksy - kiedy człowiek sądzi, że jest zupełnie bezpieczny, wtedy jest zawsze śmieszny i w każdej chwili grozi mu wypadek - ale kiedy wie, że jest stracony, życie zasypuje go prezentami. Nie trzeba wcale o to zabiegać - chodzi za człowiekiem jak pies. ~ Erich Maria RemarquePo moim powrocie ze szpitala, Payton tymczasowo zawiesiła moje treningi z Aleynem. Tak na prawdę nie doszliśmy do tego, co mi jest, ale Pani Cadwyn - nasza doktorka - zaleciła mi wypoczynek. Nie cieszyła mnie ta informacja, bo przez to dużo traciłam. Ucierpi na tym moja kondycja, ominą mnie nowe lekcje na temat samoobrony i skutecznego "powstrzymywania" (czyt. zabijania) Istot Ciemności, nie będę spotykać się z moimi przyjaciółmi, którzy całe dnie mają zawalone przeróżnymi obowiązkami (gdyby nie moja dziwna sytuacja też bym tak miała). A co mam w zamian? Odpoczynek, który ma mi dobrze zrobić.
Nie czuję potrzeby leżenia w łóżku, więc gdy tylko nadarza się okazja, zabieram z biurka przyszykowany wcześniej plecak i niepostrzeżona wychodzę z mojego pokoju. Pod osłoną nocy ruszam do mojego nowego przyjaciela. Chowam się za budynkami i dobiegam do Wielkiego Drzewa, zza którego wypatruję czy nikogo nie ma. Drogi są puste, więc kilkoma krokami doskakuję do kolejnego budynku, rozpryskując przy tym błoto i idę. Napotykam Gavena - zmiennokształtnego, który został do nas sprowadzony przez grupę Fredericka. Dzisiaj miał na sobie ciemne spodnie, koszulkę w brązowe i czarne plamy oraz... rzucający się w oczy zielony szal. Po tym jak spotykam go dzień w dzień przez ostatni tydzień, zdążam się już przyzwyczaić do dziwnego stylu mężczyzny. Witam go skinieniem głowy, a on informuje mnie o strażnikach, którzy dziś pełnią wartę. Dziękuję mu, a gdy mam zamiar się oddalić, dorzuca:
- Nie powinnaś przebywać w nocy poza domem. - patrzę na niego, a on dodaje - Zło nigdy nie śpi. - dopowiada tonem, od którego ciarki przechodzą mi po plecach.
- Taa. Dzięki za radę. - za każdym razem to od niego słyszę i fakt, ma rację, ale nie zamierzam się go słuchać. Odchodzę kilka kroków i zanim skręcę, odwracam się, ale zmiennokształtnego już nie ma. Wzruszam obojętnie ramionami i idę do domu osoby, z którą jestem umówiona.
Nim zdążę zapukać, drzwi otwierają się na oścież, a w progu staje uśmiechnięty od ucha do ucha mulat.
- Witaj, Rose. - odzywa się i odsuwa, abym mogła wejść do środka. - Jak zawsze miło Cię widzieć. - przyjmuję jego powitanie skinieniem głowy i przekraczam próg, zagłębiając się w przedpokoju.
Jego dom jest utrzymywany w dość nowoczesny sposób. Kolory jakie u niego dominują to srebrny, biały i limonkowy. Dom jest przestronny, przytulny i bardzo mi się podoba. Można powiedzieć, że łączy on technologię z tradycją.
Mogłabym tu zamieszkać, myślę, ściągam swoje ubłocone buty i przechodzę do salonu. Pomieszczenie to jest ładnie urządzone: na wprost stoi kominek z cegły, przed nim niewielki biały stolik i dwa jasne skórzane fotele. Na ścianach wiszą pamiątki, zdjęcia rodzinne, oprawione w ramki starożytne teksty. Znajduje się tu także obraz wiszący naprzeciw okna (okno znajduje się po prawej, a obraz po lewej, któremu poświęcona jest cała ściana), oprawiony w potężną drewnianą ramę, przedstawiający ruiny jakiejś świątyni znajdującej się gdzieś w lesie - przynajmniej ja tak uważam. Jedyne co się z niej zachowało to ściany, które znacznie ucierpiały i kamienne drzwi, na których rozbłyskuje błękitnym światłem jakiś nieznany mi wzór.
Przystaję przy obrazie i podziwiam jego kolorystykę, kształty, bogactwo roślinne. Zawsze mnie zachwycał, a Erickowi zdaje się być obojętny.
- Tata opowiadał mi o niej. - mówi Erick, a ja się za nim oglądam. Nie do końca wiem o czym do mnie mówi, więc patrzę na niego zdezorientowana. Chłopak wskazuje na obraz i znowu się odzywa:
- Mówił, że ta świątynia istniała na prawdę. Twierdził, że była piękna. Znajdowały się w niej zwoje z potężnymi zaklęciami. Prawdopodobnie można było znaleźć tam odpowiedzi na wszystkie pytania. - przekazuje mi informacje, a po tonie jego głosu dochodzę do wniosku, że nie bardzo w to wierzy.
- Serio? - pytam aby podtrzymać rozmowę o świątyni.
- Tak. Tata powiedział mi kiedyś, że chciałby tam dotrzeć. I znaleźć odpowiedź na to jak zniszczyć Istoty Ciemności. Mama go w tym wspierała. - mówi, a ja wiem, że nie podziela zdania swoich rodziców.
- Gdzie oni teraz są? - zadaję pytanie zanim zdążę ugryźć się w język.
- Nie żyją. - odpowiada szeptem, a we mnie wzbiera współczucie. Podchodzę do niego i mocno przytulam. Wypowiadam jakieś marne pokrzepiające słowa, a ten całuje mnie w czoło. Najpierw działam, potem zastanawiam się nad skutkami - Payton idealnie mnie opisała. Jest mi głupio i wolałabym cofnąć się w czasie, aby nie palnąć tej głupoty.
- Co będziemy robić? - pytam, aby zmienić temat. Erick wypuszcza mnie z objęć i znika w jakimś pokoju, po czym wraca z łukiem w ręku.
Oczywiście, mogłam na to wpaść.
Kierujemy się do przedpokoju, gdzie narzuca na siebie kurtkę (która świetnie na nim leży), ja zakładam swoje buty i wychodzimy z domu.
- Co powiesz na małe polowanie? - odpowiada pytaniem na pytanie i obejmuje mnie ramieniem.
Na wypowiedzenie tych słów, coś we mnie krzyczy aby tego nie robić, ale mimo to mówię:
- Cudownie. - i kierujemy się w stronę lasu. Przygotowałam się na tę ewentualność, dlatego w swoim plecaku schowałam nóż odpowiedniej wielkości.
Odkąd wyszłam ze szpitala, cały mój wolny czas spędzam z Erickiem. Nie było to tak, że chcę olać Anne i TJ'a, o nie. Payton wysłała moich przyjaciół na misję, która nie uwzględnia mojej osoby. Okropnie mnie to wkurzyło i wbrew zakazom Aleyna, nawrzucałam jej trochę. Oczywiście, miało to swoje konsekwencje.
Gdy już oswoiłam się z myślą, że zostałam wykluczona z zadania, pomyślałam, że zajmę się Melwyn - słodką siostrzyczką Anne, którą traktowałam jak własną. Ale i to zostało mi zabronione. Mała trafiła pod opiekę Tyraela, który prawdę powiedziawszy uwielbiał blond dziewczynkę. Trochę mnie to uspokoiło, bo troszczy się o nią osoba, którą darzę szacunkiem i sympatią, ale z drugiej strony mnie to zabolało i musiałam znaleźć sposób by za dużo o tym nie myśleć.
Ja i Erick w krótkim czasie zostaliśmy parą. Nie do końca wiem co do niego czuję, ale bardzo go lubię i postanowiłam dać temu związkowi szansę.
W dzień spotykam się z mulatem, a nocą odwiedza mnie tajemniczy nieznajomy wampir - oczywiście w śnie. Za każdym razem, gdy go "widzę", zabiera mnie w różne zakątki świata, a jego oczy zmieniają barwę z każdym nowym miejscem - raz są złote jak pola w Kalzar, innym razem błękitne niczym bezchmurne niebo, kiedy indziej grafitowe jak u Eleny, a ostatnio przybrały barwę jadeitu. W każdym śnie obdarowuje mnie czerwonymi tulipanami i prosi abym z nim poszła, a ja zawsze odmawiam. Jest cierpliwy, ale wszystko ma swoje granice. Stałym elementem moich snów jest również biały ptak, który zawsze obserwuje mnie z jakiegoś miejsca. Przerażający i tajemniczy element, którego do tej pory nie rozgryzłam.
Sprawdzam, czy nikt nas nie widzi, podczas gdy Erick przechodzi przez dziurę, pod ogrodzeniem (którą zrobiliśmy moim nożem), podaję mu łuk i czeka na mnie po drugiej stronie. Chowam nóż w bucie, idę jego śladem i po chwili oboje znikamy wśród drzew.
Jedynym źródłem światła jest Księżyc, dlatego las spowija ciemność. Użycie latarki grozi przyłapaniem nas na nocnym polowaniu, co jest surowo karane, dlatego też zakładamy bino-okulary - przedmiot przywodzący na myśl lornetkę, tylko że znacznie udoskonaloną - które nie dość, że nas nie zdradzą, to poprawią naszą widoczność.
Przez większość czasu idziemy w milczeniu, rozglądając się uważnie. Pozwalam sobie na zatopienie się w swoich rozmyśleniach. Od razu uznaję, że to głupi pomysł, bo przypomina mi się czerwonowłosa wampirzyca, którą sprowadziliśmy z Kalzar. Pojawia się w czarnym obcisłym stroju i wykrzykuje w moją stronę:
- Ta dziewczyna będzie waszą zgubą! Poprowadzi moich pobratymców do naszej ojczyzny! - słyszę w swojej głowie i zaciskam ze wściekłości ręce, a na jej ustach pojawia się złośliwy uśmiech. Kiedy mam nadzieję, że już skończyła, mówi dalej - Zostaniesz jedną z nas.
Wzbiera we mnie nienawiść. Mam ochotę zabić ją gołymi rekami. Przypominam sobie moment, w którym zatopiłam mój srebrny sztylet w jej sercu i kurczowo trzymam się tej myśli.
Rowena nie żyje, powtarzam sobie.
Zaczynam się nad tym zastanawiać, sposób w jaki się zachowałam. Przecież mogłam tego uniknąć. Gdybym tylko panowała nad swoimi emocjami... Samokontrola chyba naprawdę była mi potrzebna - nie dla samego Pierścienia, lecz po to bym czuła się dobrze sama ze sobą.
- Spójrz! - odzywa się Erick i zatrzymuje mnie ręką. - To będzie świetny punkt obserwacyjny. - wskazuje na wznoszące się niedaleko wzgórze i już kieruje się w tamtą stronę.
Wchodząc do góry, potykam się o wystające korzenie drzew, podczas gdy mojemu chłopakowi nie sprawiają żadnej trudności.
Mój chłopak. Nie przyzwyczaiłam się do tego określenia i nie mam odwagi nazwać tak Ericka na głos. Powtórzyłam kiedyś słowa "mój chłopak" kilka razy w swoim pokoju, bo ciekawiło mnie, czy coś się stanie. Sądziłam, że będę czuć jakieś motylki albo będę się uśmiechać sama do siebie, ale nic z tych rzeczy. Nie wywarło to na mnie żadnych emocji. No, może poczułam się trochę głupio, ale tylko trochę.
Stoję na wzgórzu i rozglądam się po okolicy, a w głowie mam myśl, że powinnam o czymś pamiętać. Wiem, że rozwiązaniem mojej "zagadki" może być nawet najmniejsza, z pozoru nic nie znacząca rzecz, więc patrzę na opadłe szyszki, ostro zakończone kamienie, trawę, która w niektórych miejscach zaczyna tracić swój intensywny zielony kolor, błoto, w którym zachowały się odciski przechodzących tędy zwierząt, a nawet obserwuję przez chwilę Ericka. Nie przychodzi mi nic do głowy, więc porzucam szukanie wskazówki i spoglądam w niebo. Piękne, wypełnione gwiazdami, które migoczą raz po raz.
Wyczulam zmysły. Patrzę jak światło rozświetla las, czuję zimny orzeźwiający podmuch wiatru na twarzy, który przynosi ze sobą zapachy przyrody. Słyszę jak budzą się nocne zwierzęta i jak grasują, szukając pożywienia. Do moich uszów dociera wycie wilków, które są daleko stąd...
Wilki?
- Cholera! - klnę pod nosem, ale to wystarczy, by zwrócić na siebie uwagę Ericka.
- Co jest? - pyta, a jego mina informuje mnie, że się niepokoi. Rozgląda się na boki, po czym podchodzi do mnie i kładzie swoje ręce na moich ramionach. Patrzy mi w oczy i ponawia pytanie.
- Wilki. - odpowiadam zaklinając się w myślach za głupotę. Erick spogląda za siebie i ocenia sytuację.
- Są daleko. - zauważa, a ja patrzę na niego spod byka.
- Co to dla nich? W mgnieniu oka mogą się tu zjawić. Wynośmy się stąd. - nakłaniam go, ale równie dobrze mogę gadać do słupa. Chłopak zdaje się ignorować moje słowa, co mnie oburza i zrzucam z siebie jego ręce.
- Nie wygłupiaj się, Rose. Wszystko będzie dobrze. - uspokaja mnie, ale przynosi to odwrotny skutek do zamierzonego.
- Puknij ty się lepiej durniu w łeb. Jeśli oni tu dotrą i - co gorsza - nas zastaną, będziemy mieli poważne kłopoty! - przekonuję go, a on zaprzecza ruchem głowy.
- Jeśli to Aleyn, to możesz być pewna, że będzie nas krył. W każdym bądź razie Ciebie na pewno. - wypowiada, a coś w jego głosie przykuwa moją uwagę.
- Co? - pytam, a on ciągnie:
- Daj spokój, nie mów, że tego nie widzisz? - prycha.
- Niby czego?
- Zależy mu na Tobie. - mówi przez zaciśnięte zęby. Przetwarzam przez chwilę słowa Ericka, a potem wbrew wszystkiemu wybucham śmiechem. Nie mogąc utrzymać równowagi, zataczam się i wpadam na drzewo, które robi teraz za moje oparcie. Mulat gromi mnie wzrokiem, co wywołuje jeszcze większe rozbawienie.
- A to dobre. - mówię, kiedy w miarę się już ogarnęłam, a on kręci głową. - Daj spokój, Carney! Aleyn nic do mnie nie czuje. Nic nas nie łączy.
- Oczywiście. - odpowiada sarkastycznie, a mnie irytuje, że podważa moje słowa. Krzyżuje ręce na piersi i patrzy na mnie oczekując moich wyjaśnień.
Czy on właśnie zarzuca mi, że między mną i Aleynem coś jest?
Patrzę na niego z niedowierzaniem, ale ten nie zamierza wycofać się ze swoich oskarżeń. Zaciskam ze wściekłości dłonie w pięści, a w duchu nakazuję sobie spokój. Nie pozwól się sprowokować, nie okaż, że Cię to zabolało, nie daj mu tej satysfakcji, upominam się, a on dorzuca:
- Albo ja, albo Aleyn. Nie zwódź mnie. - słysząc to, staję w całkowitym osłupieniu. Co on do wszystkich diabłów wygaduje?!
- Wiesz co? Mam dość. Idę do domu, a ty sobie poluj do woli! - wybucham, zabieram z ziemi mój plecak, zarzucam go sobie na ramię i schodzę w dół wzgórza.
- Nie dam się tak traktować. - mówię do siebie pod nosem i potykając się udaje mi się jakoś dotrzeć na równą powierzchnię.
- Rose! - słyszę za sobą nawoływanie Ericka. - Poczekaj!
W myślach układam już jakąś kąśliwą odpowiedź, ale postanawiam go zignorować. Poprawiam sobie bino-okulary, które trochę mi się zsunęły i szybkim krokiem idę przed siebie nie zawracając sobie głowy ostrożnością ani "moim chłopakiem". Wyobrażam sobie w tej chwili siebie jako gniewną i niebezpieczną piękność - co jest absurdalne, ale poprawia mi trochę samopoczucie. Zwalniam trochę kroku i zaczynam się zastanawiać, czy nie zareagowałam zbyt impulsywnie. Durne uczucia.
Nasłuchuję czy Erick nadal za mną idzie i odczuwam ulgę, gdy jego głos przebija się do mnie przez wszystkie inne, wytwarzane przez mój chód. Wsłuchuję się w jego słowa, bo najprawdopodobniej nawołuje mnie do pogodzenia się, ale zamiast tego słyszę jak przerywa w połowie zdania. Waham się, ale przystaję i odwracam się w jego stronę.
- Erick? - pytam, bo nigdzie go nie widzę. Robię kilka kroków w kierunku, z którego chwilę temu dobiegał jego głos i rozglądam się na boki. - Gdzie jesteś?
Szczerze, przeraziłam się gdy nie uzyskałam odpowiedzi. Desperacko próbuję sobie przypomnieć czego uczyli nas nauczyciele, ale wszystko wylatuje mi z głowy w nagłym przypływie paniki. A potem... cały strach się ulatnia. Mam czysty umysł, więc teraz widzę w umyśle odpowiedź.
Bądź czujna. Wyczul zmysły. Spodziewaj się niespodziewanego.
Postanawiam się tym kierować, ale o wszystkim zapominam, gdy zza drzewa wychodzi mój chłopak.
Robię kilko kroków, lecz gwałtownie się zatrzymuję gdy orientuję się, że nie jest sam.
Za jego plecami stoi mężczyzna o przystojnej twarzy, na którego widok włoski stają mi dęba. Stoję odrętwiała wpatrując się w dwie postaci przede mną i nie wiem co robić. Eric ma ból i przerażenie namalowane na twarzy. Próbuje uwolnić się od reki, która powolutku zaciska się na jego szyi. Osoba za nim jest jednak zbyt silna, by mulat mógł się oswobodzić.
Mężczyzna jest wampirem.
Pijawka wykorzystuje moje wahanie i uderza Ericka w tył głowy, na tyle mocno by ten stracił przytomność. Wampir patrzy na niego jakby zastanawiał się czy posilić się teraz czy zostawić go na później.
Rusz się, Rose!, krzyczy mój wewnętrzny głosik, ale jestem jak sparaliżowana. Podchodzę trochę bliżej i zwracam tym samym na siebie uwagę mężczyzny. Patrzę mu w krwistoczerwone oczy i rozpoznaję w nim wampira, którego widywałam w snach. Ponownie staję w bezruchu, a na jego usta wkrada się uśmiech.
- Zasada numer jeden, Rosemary. - mówi aksamitnym barytonem, którym wabi swoje ofiary i zbliża się do mnie. Używa mojego pełnego imienia, więc pewne jest dla mnie, że będę mieć kłopoty.
Stoję jak skończona idiotka nie wiedząc co zrobić, a to tylko go rozbawia.
- Nigdy się nie wahaj. - dopowiada szeptem i w następnej chwili padam na ziemię pod jego ciężarem, a potem jego kły zbliżają się do mojej szyi.
**
Budzę się w przerażająco białym pomieszczeniu, oślepiona jasnym światłem skierowanym wprost w moje oczy.
A więc tak wygląda Niebo?, zastanawiam się, ale coś mi mówi, że to jednak nie jest to cudowne miejsce, pozbawione Istot Ciemności.
Zbieram w sobie siły i przewracam się na bok, a w efekcie spadam z łóżka(?).
- Auu. - jęczę pod nosem i spędzam dłuższą chwilę na zimnych kafelkach. Oswabadzam się z nową sytuacją, rozglądam się po pomieszczeniu i staje się dla mnie jasne, że jestem w jednej z sal szpitalnych. Gdy odzyskuję władzę nad swoim ciałem, wstaję i strzepuję z siebie wyimaginowany kurz, a następnie przysiadam na łóżku. Na szafce obok znajduje się szklanka z wodą i szklany wazon z czerwonymi kwiatami. Na szczęście są to róże, bo gdyby okazało się, że to tulipany, to pewnie bym oszalała.
Od tej pory kwiaty, którymi obdarowywał mnie nieznajomy wampir, uznaję za zły znak.
Odczuwam lekką satysfakcję z faktu, że choć część jest dla mnie jasna. Moim następnym celem jest dowiedzenie się co stało się z Erickiem. Po ataku wampira, wszystko potoczyło się błyskawicznie, dlatego nie za bardzo potrafię określić co tak na prawdę się wydarzyło. Jedno jest pewne - wciąż żyję.
Wstaję z materaca, podchodzę do okna i przekonuję się, że w nagłej sytuacji nie mogłabym wyskoczyć. Wywracam oczami i kieruję się w stronę drzwi. Staję kilka centymetrów przed nimi i zastanawiam się czy odpowiednio postępuję. Przypomina mi się, że to przez moje wahanie tutaj trafiłam, dlatego kładę rękę na klamce i powoli uchylam drzwi. Wychodzę na korytarz, ale w moją stronę kieruję się już mój blond przyjaciel, który karci mnie gestem. Unoszę ręce w obronnym geście i cofam się z powrotem do białego pomieszczenia. Sekundę później pojawia się w nim również Aleyn. Wyraz jego twarzy mówi wszystko - nie jest zadowolony z mojego zachowania, ale również się martwi. Przygotowuję się na kazanie.
- Rose... - zaczyna, a ja przerywam mu unosząc dłoń.
- Wiem. Zawiodłeś się na mnie, spodziewałeś się, że będę rozsądna, wierzyłeś, że nie zrobię głupstwa. Zawiodłam Cię. Nie musisz nic mówić. - wyrzucam z siebie na jednym wydechu i czekam na jego reakcję. Oboje wiemy, że to co powiedziałam to prawda, ale blondyn stwarza pozory jakby było inaczej. Przysiadamy na szpitalnym, posłanym białym prześcieradłem materacu i przez chwilę się nie odzywamy.
- Nie bądź dla siebie aż taka surowa. - radzi mi. W odpowiedzi prycham i kręcę głową.
- Jaka czeka mnie kara? - pytam i przygotowuję się na każdą możliwość, lecz to co mówi, jest dla mnie zaskoczeniem.
- Żadna. - odpowiada.
- Jak to? - dziwię się i patrzę na niego badawczo. Zastanawiam się, czy za chwilę nie wybuchnie śmiechem albo nie powie czegoś w stylu: "Na prawdę sądziłaś, że ujdzie Ci to na sucho?", ale zamiast tego wszystkiego, wyjaśnia z powagą:
- Wstawiłem się za Tobą. Powiedziałem, że byłaś ze mną i ze sforą. Reszta potwierdziła. A co do Ericka... jednogłośnie stwierdziliśmy, że nie mógł bez ciebie wytrzymać, i że jego też zabraliśmy.
- Nie wierzę! Zazwyczaj egoistyczny Aleyn robi coś dla innych. - oznajmiam, a moja uwaga go denerwuje.
- Powinnaś zapytać jak on się czuje. - upomina mnie i zaciska dłonie w pięści. Nie wiem czego to jest oznaką, ale nie czuję się z tym dobrze. Blondyn nigdy się tak nie zachowywał. Przypomina mi się wzmianka o Aleynie jaką wypowiedział Eric, że coś nas łączy. Absurd!, mówię w myślach.
- Fakt. Jak Erick się czuje?
- Sama się dowiedz. - odpowiada, wstaje i kieruje się do wyjścia. Robię to co on i przystajemy przed drzwiami. Postanawiam zaryzykować i wydobyć od niego kilka informacji inną metodą.
- Aleyn, przepraszam. - zaczynam skruszona i przybliżam się do niego. Chłopak przyjmuje moje słowa skinieniem głowy, a ja kontynuuję - To było bardzo miłe z Twojej strony, że nas kryłeś. Nie zapomnę Ci tego.
Staję blisko niego i unoszę lekko głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Blondyn próbuje mnie rozgryźć, ale nie protestuje, gdy się do niego przytulam.
Serce wali mi jak młotem i pocą mi się ze zdenerwowania ręce, ale nadal zamierzam grać w tę grę. Jak coś robisz, rób to do końca, przypominam sobie słowa nauczycielki i uznaję je za dobrą motywację.
- Nie wiem co bym bez Ciebie zrobiła. - szepczę cicho, ale on i tak to słyszy - w końcu jest wilkołakiem i jego słuch jest tysiąc razy bardziej lepszy niż mój.
To co powiedziałam jest prawdą. Gdyby nie on, pewnie teraz by mnie tu nie było... Jak przez mgłę pamiętam, że Aleyn (w postaci białego wilka) skoczył na wampira, który chciał dobrać się do mojej szyi. Nie wiem jak blondyn sobie z nim poradził, bo straciłam kontakt ze światem. Cieszy mnie fakt, że nie odniósł żadnych ran, choć z drugiej strony stawia to wiele pytań.
Dlaczego? Czy wampir nie starał się uwolnić? Nie żebym nie wierzyła w umiejętności Aleyna, ale wygląda to co najmniej podejrzanie. Co stało się z Wampirem? Czy został "powstrzymany"? Pytania te muszę jednak poczekać.
Blondyn łapie mnie w pasie i podnosi tak, że teraz mogę spojrzeć mu w oczy bez podnoszenia głowy.
- Dziękuję. - szepczę, a później łączę nasze usta w pocałunku. Na moje szczęście, Aleyn odpowiada.
Super, czyli połknął haczyk, myślę, ale zaraz potem czuję się źle z faktem, że go wykorzystuję.
Chłopak przyciska mnie do ściany i zaczyna mocniej napierać na moje wargi. Wplatam mu palce we włosy i przyciągam go bliżej. Blondyn zjeżdża do mojej szyi, a ja z przerażeniem uświadamiam sobie, że to mi się podoba. Postanawiam przerwać.
- Aleyn... - zaczynam, a on sztywnieje z ustami na mojej szyi. - Zabierz mnie stąd.
- Musisz odpoczywać. - odpowiada nie zmieniając pozycji. Jego ręce jedynie mocniej zaciskają się na mojej talii i oddech mu nieco zwalnia.
- Zaprowadź mnie do niego. - wypowiadam, a on się ode mnie odsuwa. Stawia mnie na kafelkach i kręci z rozbawieniem głową.
- Na prawdę myślałaś, że całując mnie uda ci się coś osiągnąć?
- Wiedziałeś? - pytam zaskoczona. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy.
- Oczywiście. - mówi i się śmieje.
- No to czemu odpowiedziałeś na pocałunek?
Aleyn nie odpowiedział mi na to pytanie, ale uśmiechnął się do mnie wesoło i wywrócił oczyma. Palnęłam się otwartą dłonią w czoło i poszłam przysiąść na łóżku. Przynajmniej nie zostanę ukarana, myślę.
I to nasuwa mi kolejne pytanie.
- Aleyn? - zatrzymuję chłopaka, który otworzył już drzwi.
- Hmm?
- Mówiłeś, że wstawiłeś się za mną. Że wziąłeś za mnie odpowiedzialność, i że nie spotka mnie kara. - przypominam sobie jego słowa. - Co to oznacza dla Ciebie? Będziesz miał przeze mnie jakieś nieprzyjemności?
Blondyn patrzy na mnie przez chwilę, zastanawiając się co ma mi powiedzieć, aż w końcu decyduje się na milczenie. Posyła mi smutny uśmiech i nim zdążę zareagować mówi:
- Odpoczywaj, Rose.
A potem znika za drzwiami.