środa, 6 sierpnia 2014

Niespodzianka.

Nie to co już wiemy, lecz to, co chcemy wiedzieć, świadczy o naszej mądrości. ~ Władysław Grzeszczyk

Po pierwszym treningu z Aleynem pocieszałam siebie, że może nie będzie aż tak źle. Fakt, miałam kilka siniaków powstałych przez jego "szkolenie mnie", ale sądziłam, że dzięki temu stanę się wytrzymalsza, więc gdy Payton wyznaczyła kolejny trening wiedziałam już czego się spodziewać. 
Pomyliłam się jak nigdy. 
Drugie spotkanie z nim odbyło się już w środę i zachowywał się zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. Pomyślałam, że to dobrze, bo nauczę się nowych technik - przecież nie każdy walczy tak samo. Jednak z drugiej strony nie mogłam go rozgryźć w wyniku czego z łatwością mnie pokonywał. 
Mogłam to ścierpieć skoro nagrodą miał być Pierścień Tyraela. 
Szczerze mówiąc to nie walki miałam się uczyć, lecz samokontroli, a tego tematu jak na razie nie poruszyliśmy. Machnęłam na to lekceważąco ręką, bo przecież Aleyn tutaj "dowodzi", i zatraciłam się do reszty w wykonywaniu ruchów zgodnie ze wskazówkami chłopaka.

O poranku w pełni poczułam ból każdego siniaka z osobna. Obiecałam sobie wtedy, że Aleyn zapłaci za moje cierpienie. 
Nie biorąc pod uwagę moich jęków i marudzenia, czwartek zdawał się być całkiem przyjemnym dniem - po prostu błyszczałam na lekcjach z wampirologii, na treningach nie miałam sobie równych wśród moich klasowych przyjaciół, a na lunchu do stolika mojego, TJ'a i Anne dosiadł się nie kto inny jak Eric - mulat o ciemnych ciepłych oczach i zabójczym uśmiechu, który jest jednym z najlepszych łowców. 
Eric Carney jest przystojnym mężczyzną starszym zaledwie o dwa lata. Prawdą jest to, że kiedyś jak każda inna dziewczyna (z wyjątkiem Anne) trochę się w nim podkochiwałam. Ale kto nie chciałby takiego chłopaka? Przystojny, wysportowany, świetnie strzelał z łuku. Dochodzi do tego niezwykła inteligencja, zwinność i gracja kota, spryt jak u lisa... a poza tym pięknie grał na pianinie, co przeważało szalę. 
Ale już mi przeszło.
Przez jedną krótką chwilę zastanawiałam się jakby to było, gdybym się z nim spotykała, jednak szybko doszłam do wniosku, że moje myśli są nie na miejscu, więc zaczęłam bez większego sensu rozglądać się po sali wypełnionej dzieciakami w różnym wieku. Moja przyjaciółka miała wobec mnie inne plany i cały czas próbowała wciągnąć mnie do rozmowy. 
- Ten dzień jest niezaprzeczalnie dobrym dniem. - mówi z ekscytacją w głosie Eric. Moja przyjaciółka uśmiecha się promiennie, a TJ wzrusza ramionami. 
- Dlaczego? - pytam obojętnym tonem. Prawdę mówiąc nie wsłuchiwałam się jakoś szczególnie w rozmowę, ale było mi to obojętne, ponieważ mulat zazwyczaj rozprawiał na temat swoich osiągnięć. 
- Grupa Fredericka wróciła dzisiaj do Przylądka. 
- I to jest takie ekscytujące ponieważ...? - drąży TJ, który obejmuje moją przyjaciółkę ramieniem. Pocałował ją w policzek i trąca nosem jej płatek ucha. Cieszę się ich szczęściem, ale ich okazywanie sobie uczuć daje mi się czasami we znaki. 
- Liczba mieszkańców się powiększyła. - oznajmia z radością Eric, a mnie to zaciekawia.
- Jak to? - pytam. Chłopak rozgląda się na boki, aby upewnić się czy nikt nie podsłuchuje. Robię to samo, a gdy jest pewne, że to co ma nam do powiedzenia jest bezpieczne, wszyscy nachylamy się nad wysłużonym drewnianym stołem i słyszymy:
- Frederick i jego towarzysze sprowadzili zmiennokształtnego! Wyobrażacie to sobie? Pierwszy zmiennokształtny, który podjął z nami współpracę. - ciemnooki jest pobudzony. Widzę z jakim trudem powstrzymuje się przed wykrzyczeniem tego na głos. 
Zanurzam się w swoich przemyśleniach. Cóż, to mogłoby okazać się dla nas bardzo pomocne. W końcu dowiedzielibyśmy się jak żyją zmiennokształtni, jak się zachowują, jakie mają umiejętności, czy mają jakieś zasady... wszystko. Choć pozostawała jeszcze ta myśl, że może nie będzie chciał nas niczego nauczyć? Albo będzie zatajał pewne informacje. W końcu nie łatwo jest z dnia na dzień zmienić swoje życie. 
- To dobre wieści. - mówi TJ i udziela mu się dobry nastrój Erica. - Tyle możliwości... - rozmarza się, a ja już wiem, że w jego głowie pojawia się obraz, w którym dochodzi do starcia między nami, a Istotami Ciemności. Znam mojego przyjaciela na wylot. To chyba zasługa spędzania z nim całych dni.
Nawet twarz mojej przyjaciółki się rozjaśnia. Powinno mnie to wprawić w wesoły nastrój, ale ogarniają mnie złe przeczucia. Wzbiera we mnie nagły przypływ pewności siebie i pytam: 
- A jeśli wyprowadzi nas w pole? Co jeśli będzie kłamał? - przyjaciele spoglądają na mnie jakby nie brali tej opcji pod uwagę. Jedynie Anne zastanawia się nad moimi słowami. Ale chłopcy mają już wyrobioną opinię na ten temat. 
- Wyluzuj, Rose. Wszystko pójdzie gładko. - uspokaja mnie Eric. Obdarowuje mnie jednym ze swoich uśmiechów, a ja tylko kiwam głową starając się mu uwierzyć. 
- Zobaczymy. - mówię tylko.

**
Po szkole jedyna myśl jaka zaprząta umysły moich przyjaciół to zmiennokształtny. I nic, nawet podsunięty przeze mnie pomysł o wybraniu się na polowanie nie jest w stanie odciągnąć ich od pognania do Payton z prośbą o spotkanie z Nowym. Na moją propozycję przystaje jednak nowy członek naszej paczki, który ochoczo chce nauczyć mnie łucznictwa. Z racji iż nie mam nic lepszego do roboty, zgadzam się. 
- Ale wiesz, polowanie staje się ciekawsze nocą. - mówi Eric zmysłowo. 
- To zakazane. - upieram się, choć kto jak kto, ale ja często łamię przepisy. Przechodzę obok Wielkiego Drzewa i kieruję się prosto ku budynkowi, w którym mieści się mój pokój. Chłopak nie zrażony moją odmową nadal maszeruje przy mnie, starając się mnie przekonać. 
- Nie daj się prosić, Rose. - nalega, a ja wiem, że na pewno świetnie będziemy się bawić. Wszystko przemawia za tym abym się zgodziła. Jeśli mam wybierać pomiędzy samotnym spędzeniem wieczoru, a ekscytującym wypadzie do lasu, z pewnością wybrałabym to drugie. Ale na dziś Payton wyznaczyła mi kolejny trening z Aleynem. 
Lepszego dnia nie mogła sobie wybrać, myślę coraz bardziej się wściekając. 
- Nie mogę, Eric. Nie dzisiaj. - odpowiadam przeczesując ręką swoje długie włosy.
- Dlaczego? - nie ustępuje. Postanawiam nie mówić mu prawdy, gdyż uznałby, że mam jakieś zaburzenia. Przez pewien czas wpatruję się w ziemię zastanawiając się co powiedzieć. Kiedy jednak podejmuję decyzję o milczeniu, ten chwyta mnie za ramię i przyciska do ściany napierając na mnie swoim ciałem. 
- Rose... - mówi, a jego ręka wędruje do mojego policzka. Jego twarz, jest tak blisko mojej, że czuję jego ciepły miarowy oddech. 
- Mam już plany na dzisiejszy wieczór. - odpowiadam unikając jego spojrzenia. Ale Eric już łapie za mój podbródek zmuszając abym spojrzała mu w oczy. 
- Oczywiście, że masz. Idziemy do lasu. - uśmiecha się, a ja już wiem, że ulegnę, więc kiedy kiwam mu głową, mulat daje mi siarczystego całusa i odrywa się ode mnie. 
- Do zobaczenia o północy. - rzuca na pożegnanie i kieruje się w przeciwnym kierunku. Stoję przez chwilę patrząc w ślad za nim, a gdy odzyskuję umiejętność normalnego myślenia, wiem, że będę tego żałować. 
Kiedy jestem w swoim pokoju, zdejmuję ubłocone buty i rzucam się na łózko, po czym pogrążam się w śnie. 
Śnią mi się rodzice. Siedzimy w trójkę na jakiejś pięknej upstrzonej kwiatami łące, a mama wyciąga z piknikowego koszyka owoce zapakowane w plastikowe pojemniki, serwetki z kwiatowym wzorem, termos z zieloną herbatą - ulubioną herbatą mojego taty, pysznie wyglądające ciasto, które wcześniej upiekła, a na sam koniec przyozdabia nasz koc barwnymi płatkami kwiatów.
Spoglądam na twarze moich rodziców i widzę radość, beztroskę, miłość i bezpieczeństwo, którego tak potrzebowałam. Uśmiecham się do nich pogodnie i porywam jedną z truskawek, po czym wpycham ją sobie do buzi delektując się jej słodkim smakiem. Czuję się błogo, słońce świeci i opatula mnie swoimi promieniami, a w powietrzu latają motyle, których widok poprawia mi humor jeszcze bardziej. 
Scena nagle drastycznie się zmienia. Ponownie patrzę na twarze moich rodziców, lecz wcześniejszy świetny nastrój pryska i widzę u nich przerażenie i ból tak wielki, że aż ściska mi serce. Polana, która wcześniej była jasna i kolorowa, teraz jest szara i groźnie wyglądająca. Rozglądam się dookoła, ale nic nie widzę. Wstaję z koca i spoglądam za siebie. Nic. Odwracam się do rodziców aby poprosić ich o powrót do domu, ale cali są we krwi, a na ramieniu mojego ojca siedzi biały ptak.
Nie krzyczę. 
Nie wzywam pomocy. 
Małymi kroczkami zaczynam się wycofywać, a kiedy odwracam się by biec przed sobą widzę mężczyznę o hipnotyzującym spojrzeniu. Nie wiem dlaczego, ale coś mnie do niego przyciąga. Tajemnicza, dziwna siła, która nakazuje mi iść za nim. Jednak kręcę przecząco głową, a w jego krwistoczerwonych oczach widzę rozbawienie. Lustruję stojącą przede mną postać i po samych oczach domyślam się wszystkiego. Jest wampirem. 
- Tak. - słyszę męski głos w swojej głowie. Patrzę zdezorientowana na wampira, a on wyciąga do mnie rękę, w której pojawia się czerwony tulipan. Nie dbając o ostrożność biorę go, zamykam oczy i wącham kwiat - zapach jest cudowny. Kiedy unoszę powieki wampira już nie ma. I wszystko wokół także znika. 
Jestem sama.
W następnej sekundzie siadam gwałtownie na łóżku rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu. Niemal spadam z łóżka kiedy dostrzegam ruch po prawej stronie. Spoglądam tam i widzę otwarte na oścież okno, przez co wiatr porusza zasłonami. 
Uspokajam się. Idę do łazienki za potrzebą, a gdy wracam dostrzegam na poduszce coś czerwonego. W pierwszej chwili na myśl przychodzi mi krew, ale szybko się przekonuję, że to nie to. Na poduszce leży kwiat. Ale nie byle jaki. To czerwony tulipan.

**
Równo o 20 przychodzą TJ i Anne z małą Melwyn aby wyciągnąć mnie do Kościoła. Ja i mój przyjaciel nie jesteśmy zbytnio religijni, ale robimy to dla Annie. Gdy jesteśmy już w drodze, dowiaduję się, że nie spotkali się z atrakcją dzisiejszego dnia - zmiennokształtnym. Wiadomo jedynie tyle, że ma na imię Gaven. 
Zastanawiam się czy powiedzieć im o moim śnie, ale w ostatniej chwili postanawiam zachować go dla siebie. Nie dlatego, że mam ochotę mieć tajemnice przed moimi przyjaciółmi. Chodzi o moich rodziców. Nie raduje mnie myśl, że miałabym wspominać o ich śmierci. 
Pobyt w Kościele mija tak szybko, że nawet nie wiem kiedy z niego wychodzę i krzątam się po pokoju aby przygotować się do nocnego polowania. 
Zdaję sobie sprawę, że Aleyn może tu po mnie przyjść, dlatego upycham pod kołdrę kilka poduszek i ubrań, aby wyglądało na moje ciało. Choć efekt nie jest powalający, postanawiam już wyjść i dziesięć minut przed wyznaczoną godziną pojawiam się na dziedzińcu, chowając się pod Wielkim Drzewem. 
Widoczność nie jest najlepsza, a gdy dodatkowo zaczyna padać całkowicie już nic nie widzę. Rozglądam się w nadziei, że zobaczę jak idzie do mnie Eric, ale się mylę. Obawiam się też, że mogłabym spotkać Aleyna. Oczami wyobraźni widzę już swoją karę za nie wstawienie się na obowiązkowy trening. Przy okazji oddala mnie to od zdobycia Pierścienia. 
- Co ja sobie myślałam? - mówię szeptem do siebie, po czym ciężko wzdycham. Postanawiam odczekać jeszcze kilka minut, a gdy się nie pojawi, pobiegnę do Aleyna z wymówką, że zaspałam. 
Ocieram z deszczu twarz i odczekuję jeszcze 5 minut, a gdy nic się nie dzieje, niezgrabnie wstaję z zajmowanego przeze mnie kamienia i ruszam na salę treningową. W połowie drogi zatrzymuję się jednak, bo na ścieżkę wychodzi jakaś postać. Tak, widoczność jest marna, ale nie da się nie zauważyć tak jaskrawego swetra. 
- Nie powinnaś wychodzić z domu o tej godzinie. W nocy dzieją się straszne rzeczy. - odzywa się, a ja wiem, że mam do czynienia z mężczyzną. Nigdy wcześniej nie słyszałam aby jakikolwiek mężczyzna z Przylądka miał taki głos, ale nie znam przecież wszystkich.
- Nie boję się. - odpowiadam z całą pewnością siebie na jaką mnie stać. 
- Z pewnością. - mruczy pod nosem i odchodzi. Po tej krótkiej wymianie zdań uznaję go za jakiegoś popaprańca i nakazuje sobie więcej się do niego nie zbliżać. 
Robię kilka kroków, a na ścieżce ponownie się ktoś pojawia. Tupię ze złością nogą, ale cały gniew ulatuje kiedy ktoś zapala świecę, a padające przez okno światło pada na nieznajomego. 
- Aleyn. - wyszeptuję, ale nagle robię się bardzo senna. Chwieję się na nogach, a chłopak podbiega do mnie i podtrzymuje mnie za łokcie. 
- Rose, wszystko dobrze? - pyta, potrząsając mną lekko. W jego głosie wyczuwalny jest niepokój, ale ja nie mam siły, aby go pocieszyć. 
- Aleyn. - powtarzam, a chwilę później zasypiam. 

**
Budzę się z okropnym bólem w ręce. Powstrzymuję się przed  wykrzyczeniem okropnych określeń, które nasuwają mi się na myśl i staram się oswobodzić z nową sytuacją. 
Dlaczego?
Zastanawiam się nad tym dlaczego odczuwam ból. Czy robiłam coś, co mogłoby uszkodzić moją rękę? Nadal mam zamknięte oczy, dlatego też nie sprawdzam jej stanu. 
Gdzie jestem?
Dochodzące do moich nozdrzy zapachy informują mnie, że na pewno nie w swoim pokoju. Czuję środki czyszczące, zapach świeżo założonej pościeli, jakaś kwiatowa woń mieszająca się z powietrzem wlatującym przez okno, a przede wszystkim aromat dopiero co zaparzonej kawy. Zdecydowanie jestem w szpitalu. 
Obok łóżka, na którym leżę, siedzą przynajmniej dwie osoby. Poznaję to po ich przyciszonej rozmowie. Czy może raczej po ostrej, ale cichej wymianie zdań. Nie chcę podsłuchiwać, ale jestem na to skazana. 
- Gdybyśmy poszli z nią na te polowanie, nie doszłoby do tego! - odzywa się pierwszy głos, męski. Rozpoznaję w nim mojego przyjaciela. Tego głosu nie da się pomylić z żadnym innym - jest specyficzny, trochę zachrypnięty.
- To ty namawiałeś mnie abyśmy poszli zobaczyć zmiennokształtnego. - zauważa drugi, kobiecy głos - moja przyjaciółka. Mówiła znacznie spokojniej. 
- Myślałem, że odmówisz! - oburza się TJ. Spróbowałam go sobie teraz wyobrazić: pobielałe od zaciskania dłoni w pięści kłykcie, zaciśnięte zęby, nie znoszące sprzeciwu spojrzenie. Niezaprzeczalnie mój przyjaciel uwielbiał stawiać na swoim. Miałam jednak nadzieję, że ustąpi biorąc pod uwagę fakt, że zwracał się do swojej wielkiej miłości.
- Ciszej, obudzisz Rose. - mówi Anne, której coraz bardziej trudno znosić zachowanie swojego chłopaka.
Cholera, przecież oni kłócą się z przeze mnie!, myślę i wstrzymuję oddech. Ogarnia mnie przerażenie. Boję się, że to może im zaszkodzić. Fakt, czasami przeszkadzały mi ich czułostki, ale gdyby mieli przestać na zawsze - a co najgorsze przez mój pobyt w szpitalu - nie zniosłabym tego. Wypuszczam wstrzymywane w płucach powietrze i słucham dalej.
- Powinnam spędzać z nią więcej czasu. - odzywa się, a w jej głosie słychać niebezpieczną nutę, która informuje o jej złym nastroju.
- Annie... - zaczyna TJ, zdając sobie z tego sprawę. Blondynka przerywa mu kręcąc głowa.
- Od powrotu z Kalzar nie spędziłyśmy same nawet jednego dnia. - słyszę szloch. Moja przyjaciółka się rozkleja, a ja nic nie robię aby ją uspokoić. Na szczęście możemy polegać na TJ. On nigdy mnie nie zawiódł. I teraz też nie jest inaczej, bo słyszę czułe słówka kierowane pod adresem mojej przyjaciółki. 
Sama też jakoś specjalnie nie interweniowałam w sprawie jakiegoś wyjścia z Anne. Chyba za bardzo zawładnęła mną chęć zdobycia Pierścienia. A jeśli Pierścień przyćmił tak istotne sprawy, to było ze mną źle. I trzeba było to zmienić. 
Tyle, że okazało się to prawie niewykonalne.