niedziela, 27 lipca 2014

Pracuj nad sobą.

Człowiek rozsądny przystosowuje się do świata, nierozsądny stara się przystosować świat do siebie. Stąd wszelki postęp pochodzi od nierozsądnych. ~ George Bernard Shaw

Carl był sympatycznym mężczyzną niskiego wzrostu, z siwymi loczkami na głowie. Jego jadeitowe oczy przepełnione były życiową mądrością. Był niezwykle inteligentny i szczery.
Fascynowało mnie to, że po stracie swojej ukochanej żony on nadal z ogromną pasją zajmował się rozszyfrowywaniem natury Istot Ciemności.
Jego żona była równie wspaniała jak on sam. Nie umarła śmiercią naturalną - to byłby zbyt duży luksus. Została zamordowana przez zmiennokształtnego, na którego się napatoczyła. Rozszarpał jej gardło. Nie można było nic zrobić.  
Kiedy przynieśliśmy mu z TJ'em pierścionek czerwonowłosej pijawki, Carl był wyraźnie zaskoczony. 
- Kolejny? - spytał nas gdy mu go wręczyliśmy. 
- Jak to "kolejny"? Masz ich więcej? 
- Jasne. - odparł i wskazał pomieszczenie za sobą. Było ono czymś na wzór magazynu. - Na stole w czerwonym pudełku. - poinstruował nas. 
Minęliśmy łysiejącego już mężczyznę i weszliśmy do pomieszczenia. Przeczesaliśmy je wzrokiem. Magazyn był duży, panował tu chaos i nie najlepiej pachniało. Podeszliśmy do stołu znajdującego się na środku magazynu, przedzierając się najpierw przez sterty starych gazet, fiolek z resztkami jakichś dziwnych substancji, czy nawet urządzeń o tajemniczym dla mnie działaniu. Zaglądnęliśmy do pudełka. 
- O cholera. - skwitował TJ. W środku znajdowały się nie tylko pierścionki, ale także zegarki, broszki, naszyjniki, kolczyki i wiele innych przedmiotów. Całą tą biżuterię łączyły dwie rzeczy: były srebrne i miały ten tajemniczy ciemny wzór złożony z kilku trójkątów i koła na środku. 
- To noddycki symbol siły. - wyjaśnił Carl. Odwróciłam się i ujrzałam go przed sobą. - Kiedyś symbol ten wypalany był na ciele lub na broni. - mężczyzna rozejrzał się po magazynie szukając czegoś. - Miałem tu gdzieś kartotekę z symbolami noddyckimi. 
- Jak to zrobiłeś? Dopiero co stałeś o tam. - Powiedziałam nie zwracając szczególnej uwagi na jego wyjaśnienia. Poparłam swoje słowa wskazując podbródkiem miejsce, w którym widziałam go przed chwilą. - Nie słyszałam jak się zbliżasz. 
- Nie jesteś czujna, moja droga. 
- Carl! - zaczął oburzony TJ. 
- W porządku TJ, ma rację. - westchnęłam z rezygnacją. To był mój słaby punkt. Zachowywałam się karygodnie. I ja miałam w przyszłości bronić ludzi? Z łatwością rozłożyliby mnie na łopatki. - Chyba już pójdziemy. Dzięki za informacje, Carl. 

I odeszłam. Nie musiałam być jasnowidzem by wiedzieć, że mój przyjaciel pójdzie za mną. Od śmierci moich rodziców traktował mnie jak swoją młodszą siostrzyczkę, o którą musi się troszczyć. W pewnym sensie tak było. Dorastaliśmy razem, a to przecież pozostaje na zawsze. 
- Co zamierzasz? - zagadnął mnie chłopak, gdy zrównaliśmy się ramionami. Wyszliśmy na dziedziniec, na którego środku stało duże drzewo - Drzewo Życia, jak to niektórzy mówili. Spojrzałam w niebo, na którym jaśniało słońce zalewając najróżniejsze zakątki świata snopami światła. Z mojej prawej strony, czyli w miejscu, w którym maszerował obok mnie TJ co kilka sekund coś raziło mnie w oczy. Starałam się to zignorować.
-  Chyba poproszę Payton o dodatkowe treningi. - odparłam bez przekonania. Przez kilka minut szliśmy w zgodnym milczeniu, ale nadal coś drażniło moje oczy. Spojrzałam w stronę, z której dochodził niechciany błysk i szukałam spojrzeniem przyczyny. Długo szukałam aż wreszcie dostrzegłam pierścień na ręku TJ. 
- Hej, czy mógłbyś ściągnąć tą swoją błyskotkę? Trochę mi przeszkadza...
- Nooo... - zmieszał się. 
Zdziwiło mnie jego zachowanie. Zazwyczaj wykonywał moje prośby albo chwilę się ze mną droczył. Co w tym pierścionku jest takiego wyjątkowego, że naraża mnie na ślepotę? 
I wtedy zrozumiałam. 
- Czekaj chwilę. Czy to Pierścień Tyraela? - spojrzałam mu prosto w oczy czekając na jego odpowiedź.
- Nie, no co ty! Przecież nie dostaliśmy ich. - żachnął się odwracając wzrok.
- A jednak! Ty go dostałeś! Jest też dla mnie? - spytałam ciesząc się tą myślą.
- Rose... nie.
- Jak to? 
- Rada uznała, że... no wiesz. Nie panujesz nad sobą. - powiedział starając się mnie nie rozdrażnić. Bardzo chciałam się na niego nie wściekać, bo przecież nic mi nie zrobił. Ale bolało mnie to, że Rada Angiris - nazywana także Radą Najwyższych, ale nie lubiłam tego określenia - uznaje mnie za niegodną posiadania Pierścienia. Jak to leżało w mojej naturze zaczęłam się wydzierać. 
- To nie fair! Nie mogą tak! Co oni do cholery wyprawiają?! 
- Rose, uspokój się. - mówił. - Jesteś impulsywna i mogłabyś użyć mocy Pierścienia...
- Przestań! Przecież wiesz, że nie zrobiłabym nic złego!
Przy nas zebrał się już niezły tłum gapiów. Z jednego z budynków wyszła Anne z przerażoną miną, a za nią podskakująca wesoło Melwyn. Moja przyjaciółka przedarła się do nas, a ja pomyślałam, że gorzej być już nie może. Znów ją zmartwiłam. 
- Co się stało? - spytała z troską odgarniając z twarzy włosy. Mała Melwyn stanęła obok niej i spojrzała wprost na mnie swoimi szmaragdowymi oczami. W tej samej chwili doznałam jakiegoś dziwnego uczucia, które mi się nie spodobało. 
- On ci powie. - powiedziałam to jak obelgę. Ruszyłam przed siebie trącając przy tym barkiem TJ. 
- Rosie! - krzyknęła za mną dziewczynka, a jej złociste włosy rozwiały się gdy za mną pobiegła. Na szczęście moi przyjaciele ją zatrzymali, a ja zniknęłam za zakrętem. 
Budynek, do którego chciałam dotrzeć był przeciwieństwem wszystkich innych budynków tego rodzaju. Zazwyczaj korporacje mieściły się w drapaczach chmur zaopatrzonych w najnowocześniejsze sprzęty, posiadające wykwalifikowanych pracowników i szefa tyrana. Tak było kiedyś.
Kameleon, czyli nasza organizacja znajdowała się w budowli, w której nikt by się nie domyślił, że coś podobnego mogłoby się tam mieścić. Budowla wyglądała jak jakaś stodoła - jedynie na zewnątrz.
I o to nam chodziło.
Gdy weszłam do środka moje nozdrza zaatakował zapach chemikaliów. Z początku był nie do wytrzymania, ale stopniowo był coraz bardziej znośny. 
Była to swego rodzaju ochrona przed Istotami Ciemności. Jako iż mają bardziej wyczulone zmysły, smród roztworów chemicznych mógł skutecznie je uszkodzić.
Kiedy jestem wzburzona, działam. Nie patrzę wtedy na to czy swoimi słowami lub czynami mogę kogoś zranić, czy też samej sobie pogorszę sytuację. Wtedy najważniejsze jest to bym wykrzyczała wszystkim co tak na prawdę o tym wszystkim myślę.
I tak było teraz.
Stałam w niedużym pomieszczeniu zaopatrzonym w kilka stołów laboratoryjnych, małych krzesełek bez oparcia, niezliczoną ilość fiolek i innych gadżetów niezbędnych laborantowi. Na jego końcu znajdowały się duże metalowe drzwi zabezpieczone kodem cyfrowym.  
Ruszyłam w tamtą stronę, mając w głowie scenę, w której wygarniam wszystko Payton i całej Radzie Angiris składającej się z 6 członków: przedstawicieli wilkołaków, wampirów, aniołów, ludzi, zmiennokształtnych i czarodziejów. 
Generalnie jest tak, że pomimo wszystkich ustaw i ustaleń, nasze rasy nie żyją zgodnie z zaleceniami Rady.
Ze zwinnością i gracją kota, ominęłam stojące mi na drodze przeszkody w postaci ludzi i dóbr materialnych, stając tuż przed ostatnią przeszkodą dzielącą mnie od nieuniknionej rozmowy - drzwiami.
Wyciągnęłam rękę aby wpisać kod, jednak ktoś oczywiście musiał mi przeszkodzić. 
- Dzień dobry, Rose. - usłyszałam kobiecy głos tuż za plecami. 
- Nie jest dobry. - burknęłam i opuściłam rękę, która - bezwładna - uderzyła o moje biodro. 
- Będzie nam się lepiej rozmawiało jeśli się do mnie odwrócisz. - odparła wesoło. Stanęłam do dziewczyny przodem i spojrzałam w jej grafitowe oczy, tak podobne do oczów Anne. Potrząsnęłam energicznie głową by wyrzucić z głowy obraz smutnej przyjaciółki.
Nie chciałam być dla niej nie miła, ale mój podły nastrój sam o tym decydował. Nienawidziłam tego.
- Nie mam czasu.
- Idziesz do Założycielki, prawda? - spytała zaciekawiona. Prawdę mówiąc nie musiała pytać, bo doskonale to wiedziała. 
Założycielką była nazywana Payton, ponieważ to dzięki niej powstała organizacja. Miała wielu zwolenników i można by powiedzieć, że sprawowała nad wszystkimi władzę. Ale nie wszystkim się to podobało. Zdarzały się sytuacje, że kilku nastoletnich idiotów występowało przeciwko niej i Radzie. Wszczynane przez nich bójki, zamieszki, czy "rewolucje" były szybko poskramiane, a oni sami byli surowo karani. Kary w dużej mierze odbywane były na dziedzińcu, więc wszyscy mogli się temu przyglądać. Byłam kilka razy na tego typu widowisku i za każdym razem kręciłam z dezaprobatą głową. 
Ale czy nie postępowałam tak samo?
Nie. Ja walczyłam o to co mi się należało, a oni bo tak im się podobało. Chcieli zostać bohaterami, a tylko robili z siebie pośmiewisko i ściągali hańbę na swoje rodziny.
- Tak. - odpowiedziałam krótko.
- Nie powinnaś tego robić, Rose. - odradziła mi, marszcząc brwi.
Świetnie, kolejna która mówi mi co mam robić, pomyślałam.
- Dlaczego?
- Założycielka prosiła o chwilę samotności.
- Eleno, ja muszę z nią pomówić. - nie ustępowałam. Dziewczyna przeczesała ręką po swoich krótkich kruczoczarnych włosach i westchnęła. 
- Dobrze. Ale nie rób niczego głupiego. - poprosiła. 
- Jak zawsze. - odparłam. Widząc, że odchodzi dodałam szybko - I dziękuję za zaczarowanie sieci. 
- Drobiazg. - powiedziała, a na jej ładnej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Chwilę później zniknęła.
- Czarodziejki. - powiedziałam do siebie wywracając teatralnie oczami. 
Odwróciłam się do drzwi wystukując ciąg cyfr: 4764889, a potem zamiast zielonego, nacisnęłam czerwony guzik - kolejne zabezpieczenie.
Po chwili usłyszałam charakterystyczne kliknięcie. Pchnęłam lekko drzwi, które odkryły przede mną schody w dół. Nie musiałam brać żadnej latarki czy pochodni, ponieważ stopnie miały zamontowane diody. Było to dla nas małe udogodnienie.
Schodząc w dół zastanawiałam się co tak naprawdę się wydarzyło. Przeanalizowałam wydarzenia z ostatnich 40 minut i posmutniałam na myśl, że zraniłam przyjaciół. Czasami po prostu było tak, że chcąc nie chcąc ciemna strona mojej osobowości przejmowała kontrolę. Czułam i odbierałam wtedy wszystko inaczej, a to co było dla mnie ważne traciło najmniejszy sens. 
I tym razem było podobnie. 
Gdy dotarłam na dół skierowałam się na prawo. Zapominając o wszelkich formach grzecznościowych, przeszłam przez ostro zakończone sosnowe drzwi i rozejrzałam się gniewnym wzrokiem po otoczeniu.
Naprzeciw mnie jakieś 4 metry dalej znajdował się kominek, w którym wesoło trzaskał ogień. Przed nim znajdowała się skórzana, ciemna sofa trzyosobowa. Po prawej wisiał wielki gobelin przeplatany złotymi nitkami, a po lewej była mała biblioteczka. 
Nie od razu dostrzegłam Payton. Stała nieruchomo w jednym z kątów z rękami założonymi jak generał. Byłam niemal pewna, że trzyma w ręku sztylet. Była sama.
- Czemu zawdzięczam twoją wizytę, Rose? - odezwała się pierwsza. Mówiła spokojnie, co mi nie pomagało. Za chwilę miałam zburzyć jej świątynię spokoju.
Zrobiła kilka kroków w stronę biblioteczki, a gdy się przed nią znalazła, wzięła do ręki jakąś książkę, która - sądząc po okładce - była stara.
- Dlaczego nie dostałam Pierścienia? -  zapytałam wprost. Postawienie tego pytania oszczędziło nam obu czasu. Gdybym zaczęła od: "Jak się Pani czuje?" albo od jakichś innych błahych spraw, rozmowa ciągnęłaby się w nieskończoność. 
- Usiądź. - wskazała ręką na brązową sofę przy kominku nie odwracając się w moją stronę. Odmówiłam ruchem głowy, czego nie mogła zauważyć. 
- Dlaczego nie dostałam Pierścienia? - spytała ponownie.
- Jesteś nierozsądna, impulsywna, nie panujesz na sobą, zachowujesz się arogancko wobec mnie i Rady... Wymieniać dalej? 
Spodziewałam się tego, ale nie zamierzałam się poddać.
- Jestem rozsądna i postępuję odpowiedzialnie. - powiedziałam.
- Zabiłaś Rowenę w przypływie gniewu, nad którym nie zapanowałaś. - odparowała, kartkując przy tym trzymaną książkę. 
- To nie moja wina! Ty też postąpiłabyś tak na moim miejscu!
- Nie tym tonem, Rosemary. - skarciła mnie. Rzadko używano mojego pełnego imienia, ale gdy już to robiono... było to znakiem ostrzegawczym przed poważnymi kłopotami. 
Postanowiłam zagrać inaczej.
- Co powinnam zrobić aby uzyskać dostęp do Pierścienia?
- Udowodnij, że potrafisz zapanować nad swoimi emocjami. 
- Niby jak mam tego dokonać? 
Payton zamknęła książkę i odłożyła ją na miejsce, po czym podeszła do mnie.
- Przydzielę ci do tego pewną osobę. Pomoże ci. Zaczynacie od poniedziałku. Zjaw się na sali treningowej o 19. - oznajmiła kobieta. 
Pomyślałam, że warto spróbować. I tak gorzej być już nie może. Skinęłam jej głową, zrobiłam lekki ukłon i odwróciłam się by wyjść z pomieszczenia. Jednak zatrzymałam się w progu i spytałam:
- Kto będzie mnie uczył?
Payton długo nie odpowiadała na moje pytanie więc pomyślałam, że nie uzyskam odpowiedzi. Lecz gdy już miałam zamknąć za sobą drzwi, usłyszałam jej głos:
- Aleyn.

**
W ciągu ostatnich 2 dni starałam zachowywać się wzorowo aby nie podpaść nikomu, kto jeszcze bardziej mógłby popsuć moje plany na zdobycie Pierścienia. 
Byłam pilna na lekcji z wampirologii i w mniejszym stopniu także na innych lekcjach, rozkładałam na łopatki moich kolegów z klasy. Zmierzyłam się nawet z Erickiem - jednym z najlepiej wyszkolonych łowców - ale podwinęła mi się noga i runęłam jak długa na ziemię. 
Pogodziłam się też z TJ'em i Anne, więc trzeciego dnia od mojej rozmowy z Payton wybraliśmy się na polowanie do lasu. Świetnie się razem bawiliśmy i przez moment poczułam się jakby Istoty Ciemności były tylko mitem, a moje życie - bajką. Godzinę po naszym powrocie bawiliśmy się z siostrą Anne w chowanego. Moim zdaniem nie było to fair ponieważ Melwyn i moja przyjaciółka były w połowie wampirami, a ja i TJ zwykłymi ludźmi, więc bez problemu mogły nas namierzyć. 
Następnego dnia, w niedzielny poranek wybraliśmy się do Kościoła. Było to dla mnie dobre miejsce do przemyśleń. 
Przeważnie gromadziły się tu tłumy. Zawsze zwracali się z prośbą do Boga o to samo: wolność, bezpieczeństwo, spokojne życie. Przyglądając się swojemu życiu, dochodziłam jednak do wniosku, że Bóg nie istnieje. 
Po południu przechadzałam się bez celu po okolicy i ucinałam sobie pogawędki ze znajomymi. Większość była plotkami; kto z kim się umówił, to jak podobno ktoś wymknął się w nocy do lasu, kolejne bezsensowne "rewolucje", bla, bla, bla... Nic pożytecznego. Słuchałam to wszystko ze sztucznym uśmiechem przytakując co jakiś czas lub wtrącając krótkie odpowiedzi.
Wieczorem, gdy byłam w swoim pokoju zastanawiałam się nad sobą. Przez myśl przelatywały mi takie tematy jak: Czy kiedykolwiek się zakocham?", "Czy będę wystarczająco dobra w obronie ludzi?", "W jaki sposób umrę?". 
Pytania były nie na miejscu, ale każdego wieczora zawracały mi głowę. 
Posiedziałam jeszcze chwilę, ale gdy księżyc lśnił już wysoko na niebie, zapadłam w głęboki sen.

**
Poniedziałek zleciał w mgnieniu oka. Najważniejszym wydarzeniem był powrót jednej z najlepszych grup łowieckich. Przynieśli trochę wieści ze świata, lecz niestety - nie okazały się dobre. 
Zawiązałam sznurowadło mojego buta i wyszłam z pokoju zamykając drzwi na klucz, który schowałam do kieszeni spodni. Przebiegłam przez długi korytarz, pokonałam schody i wybiegłam na świeże powietrze. Upewniłam się czy aby na pewno mam klucz i powolnym krokiem ruszyłam do sali treningowej. 
Dopiero teraz zaczęłam zastanawiać się w jaki sposób Aleyn ma mi pomóc? Prędzej przy nim oszaleję niż nauczę się panować nad swoimi emocjami. Jako tako był moim przyjacielem, ale czasami nie mogłam z nim wytrzymać. 
Przeszłam obok Drzewa Życia i skręciłam w stronę szkoły. Zawiał chłodny wieczorny wiatr rozwiewając moje włosy na wszystkie strony, ale nie narzekałam ponieważ było mi gorąco. 
Wiatr przyniósł ze sobą jakiś dziwny zapach. Nie potrafiłam określić co to za smród, ale to na pewno nie było naturalne. 
W następnej chwili coś ciężkiego przygwoździło mnie do ziemi, a ja nic nie mogłam zrobić. Szarpałam się i wierzgałam nogami, ale przeciwnik okazał się zbyt  silny. 
Pięknie, Rose! Teraz umrzesz!, pomyślałam.
Spróbowałam przeturlać się na bok, ale to co mnie zaatakowało krępowało moje ruchy. Kiedy poczułam czyjeś zęby przy mojej szyi, wiedziałam, że to już koniec. Przestałam walczyć i pogodziłam się z losem jaki mnie spotkał. 
A wtedy napastnik ze mnie zszedł. 
Spojrzałam na niego zdezorientowana, a ten przybrał ludzką formę.
- Walcz do samego końca. - skarcił mnie chłopak z blond czupryną, a później pomógł mi wstać. 
- Chrzań się, Aleyn. - odparłam na powitanie, tuląc się do jego ciepłej piersi.

-------------------------------------------------------
Rozdział drugi :)